Биология

Dyktanda_DPA



 

 

Р. К. Лебедь

 

 

 

 

Польська мова

 

 

ЗБІРНИК ДИКТАНТІВ

для державної підсумкової атестації

з польської мови

для загальноосвітніх навчальних закладів

з навчанням польською мовою

9 клас

 

 

 

2014

 

 

Рекомендовано Міністерством освіти і науки України

(наказ МОН України від 27.12.2013 № 1844)

 

Збірник диктантів для державної підсумкової атестації з польської мови для загальноосвітніх навчальних закладів з навчанням польською мовою. 9 клас / Укладач: Лебедь Р. К.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ПЕРЕДМОВА

Диктант є основною формою перевірки орфографічної (уміння правильно писати слова на вивчені орфографічні правила й словникові слова, визначені для запам’ятовування) та пунктуаційної (уміння використовувати розділові знаки відповідно до опрацьованих правил пунктуації) грамотності учнів.

Збірник диктантів з польської мови призначений для загальноосвітніх навчальних закладів з польською мовою навчання. Він складається з 50 текстів диктантів.

Оскільки державна підсумкова атестація з польської мови триває одну астрономічну годину (тобто 60 хвилин) i не є рядовою контроль­ною роботою, а підсумовує знання, уміння й навички школярів за дев’ять років їхнього навчання, тексти в збірнику для її проведення містять в середньому 176-180 слів (як самостійних, так i службових).

   При укладанні збірника автором враховано:

вимоги Державного стандарту загальної середньої освіти;

відповідність змісту текстів сучасним нормативним вимогам та навчальній програмі «Польська мова для загальноосвітніх шкіл з польською мовою навчання»;

вікові особливості учнів та їх інтереси;

рівень володіння мовою.

У збірнику представлено зразки текстів різних функціональних стилів польської мови, які стосуються проблем естетично-виховного характеру, природи рідного краю, шкільного життя учнів, а також ознайомлюють з історичним минулим, звичаями, традиціями, символами й оберегами, духовною культурою й мистецтвом, відомими пам’ятками Польщі, видатними постатями історії, культури, науки. Пропонується чимало зразків художнього стилю, які сприятимуть засвоєнню учнями самобутніх мовних засобів і мають виразне стилістичне забарвлення. Текс­ти для диктантів достатньо насичені орфограмами й пунктограмами, опрацьованими учнями при вивченні польської мови. Дібрані тексти мають значний виховний та пізнавальний потенціал, вони забезпечують реалізацію культурологічного принципу навчання польської мови в загальноосвітній школі з польською мовою навчання та сприяють втіленню вимог відповідної змістової лінії чинної програми з предмета.

   Збірник допоможе вчителю організувати проведення контролю та перевірки мовних знань, умінь і навичок з польської мови у формі диктанту, а також допоможе у підготовці та проведенні олімпіад на різних етапах. Його також слід використовувати для проведення державної підсумкової атестації з польської мови.

 

 

НОРМАТИВИ ОЦІНЮВАННЯ РОБІТ

БАЛИ

КІЛЬКІСТЬ ПОМИЛОК

1

15-16 і більше

2

13-14

3

11-12

4

9-10

5

7-8

6

5-6

7

4

8

3

9

1+1 (негруба) — 2

10

1

11

1 (негруба)

12

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

(1) Zaczarowany ugór

 

Na rozległych nieużytkach hulał wiatr. Niekorzystne warunki klimatyczne sprawiały, że nie udawała się tam uprawa roślin, nie chciały mieszkać dzikie zwierzęta, bydłu nie smakowała trawa, niechętnie przechodzili tamtędy ludzie. Nieraz zastanawiał się, jaka jest przyczyna tej niezwykłej sytuacji. Nie widział dotąd tak nieprzyjaznej ziemi. Nie zrażał się mimo to i nie porzucał zamiaru poznania tajemnicy tego niezbadanego skrawka ziemi. Zebrać ekipę badawczą
nie było łatwo. Wreszcie nie bez wysiłku zebrał niewielką grupę ludzi, którzy
nie przelękli się „zaczarowanego ugoru”. Niemało kosztowało także zgromadzenie niezbędnego sprzętu do badania geologicznego. Nie tracił nadziei, że nie zmarnuje zainwestowanych pieniędzy. Kiedy ekipa wkroczyła na nieurodzajne ziemie, wszyscy poczuli się nie najlepiej. Dawało się wyczuć jakieś nieuchwytne poczucie niebezpieczeństwa.

Nie zwlekając, uruchomił aparaturę badawczą. Nie jeden, ale trzy tygodnie niewzruszenie trwał na stanowisku wraz ze swoimi nieustraszonymi ludźmi.
W końcu okazało się, że się nie mylił. Odkrył pod warstwą nieprzepuszczalnej gleby bogate złoża niezwykle rzadkiego pierwiastka promieniotwórczego.
Nie czekał długo, a znaleźli się kolejni inwestorzy. Założyli tam kopalnię, w której był głównym udziałowcem. Wkrótce stał się niezmiernie bogatym człowiekiem. Ci, którzy nie mieli tyle odwagi, co on, nie mogli odżałować, że przegapili taką niepowtarzalną okazję.

160 słów

(2) Marzenia

 

Gdybym to ja został prezydentem, już bym wiedział, jak uszczęśliwić mój naród. Na początku wprowadziłbym dwumiesięczny rok szkolny i dziesięciomiesięczne wakacje. W programie nauczania najwięcej by było lekcji wychowania fizycznego. Może zostawiłbym też muzykę i plastykę. Zamiast czytania lektur uczniowie chodziliby do kina na ekranizację książek. A jak by się cieszyli reżyserzy! Nareszcie postawiłbym na nogi kinematografię. Dla dorosłych też miałbym parę świetnych pomysłów. Po pierwsze mogliby nie płacić żadnych podatków. Za to musieliby kupować swoim dzieciom wszystko, czego by tylko chciały. Już bym wiedział , jak sprawić, żeby nie było chuligaństwa i narkotyków. Na każdym osiedlu mieszkańcy mieliby po kilka boisk do różnych gier. Bezrobotnych by nie było, bo budowaliby te obiekty sportowe i pilnowaliby dzieci. Każdy staruszek dostałby działkę do uprawiania i mógłby sobie hodować ulubione rośliny. Policja natomiast mogłaby się zajmować przeprowadzaniem staruszek przez jezdnię. Oczywiscie nie na siłę, tylko gdyby one tego chciały. A harcerze mieliby wreszcie czas na obozy i biwaki. Bezdomnym dałbym mieszkania, niechby nie spali
w kanałach. Ale każdy musiałby wziąć zwierzaka ze schroniska. Wolałbym
nie zdradzać wszystkich moich pomysłów, żebyście mieli jakieś niespodzianki, kiedy wreszcie zostanę głową państwa.

178 słów

 

(3) Ciekawe doświadczenia

 

Na lekcjach chemii uczestniczyłem w serii ciekawych doświadczeń. Po dodaniu soli do pewnej substancji w probówce zaczął zachodzić szereg burzliwych reakcji chemicznych. Pani skorzystała z okazji, aby nam objaśnić przebieg doświadczenia. Miała wiele racji, kiedy mówiła, że lepiej raz zobaczyć niż dziesięć razy usłyszeć. To była dla nas prawdziwa sensacja zobaczyć, jak wiążą się ze sobą pierwiastki. To tak jak oglądanie akcji pasjonującego filmu.

Szkoda, że nie można zastosować tej zasady w edukacji z geografii. Byłoby znacznie ciekawiej zobaczyć krajobrazy Europy, Azji i Afryki, gdyby można je zobaczyć na żywo. Co prawda możemy zobaczyć w telewizji reportaże z tych krajów, ale to nie to samo, co uczestniczenie w akcji na żywo. Za to na biologii pan, który nie ukrywa swojej wielkiej pasji przyrodniczej, pokazuje nam wiele okazów ze swojej kolekcji. Jego wyszukane w kniei i na łące żuczki i muszki mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Niektóre mają pancerzyki podobne do zbroi w odcieniach fioletu i zieleni. Wyglądają jak klejnoty. Szkoda, że historii, gramatyki i ortografii nie da się uczyć w tak pasjonujący sposób.

160 słów

 

(4) Karawana

 

Karawana złożona z kupców pokonywała szlak handlowy, ciągnący się
po bezkresnej Saharze. Rozsypujące się, gorące ziarna piasku usuwały się spod nóg wielbłądów, opóźniając drogę wskazaną przez przewodnika. Gdzie
nie spojrzeć, tylko piach i piach. Zapasy wody były na ukończeniu. Z rozgrzanych, spalonych słońcem twarzy spływał słony pot. Odzież, chociaż dostosowana
do panującej temperatury, zdawała się ważyć setki kilogramów i uwierała znękane drogą ciało. Wydawało się, że nad karawaną rozpostarł się jakiś niewidzialny całun, utrudniający oddychanie i dalsze przemierzanie szlaku. Oczy kupców wypatrywały oazy i rozglądały się za odrobiną cienia, który dałby wszystkim chwilę wytchnienia. Wtem zaczęło się ściemniać, rozhulał się wiatr, piasek wsypywał się do ust i nosa. Podróżni zaczęli wstrzymywać oddech, bojąc się,
że nie poradzą sobie z usuwaniem coraz większej ilości piasku z ust. Przewodnik rozkazał podróżnym, aby zsunęli się z wielbłądów i ułożyli jeden obok drugiego, chroniąc twarze przed świszczącym wiatrem, unoszącym tumany kurzu. Nikt
nie był w stanie określić, jak długo trwała burza. Nagle rozpogodziło się, niebo rozjaśniły promienie słońca, świst wichury uciszył się. Ludzie przecierali zakurzone twarze i na powrót wdrapywali się na grzbiety wielbłądów, które wstawały, wydostając się powoli z piaszczystych kopców. Przewodnik wydał rozkaz do dalszej drogi.

168 słów.

 

(5) Gniew Achillesa

 

Achajowie dziesiąty rok oblegali Troję. Nie mogli wedrzeć się do miasta. Broniły go potężne mury, dzielni Trojanie, a przede wszystkim nieustraszony Hektor, który siał spustoszenie wśród Greków. Oblegający miasto nie mieli żadnej łączności ze swoimi bliskimi. Napadali na okolice Troi, grabili żywność, rozkradali znajdujące się tam bogactwa, zdobywali kobiety, traktując je
jak niewolnice. Kiedy jednak grecki heros, Achilles, rozgniewał się i odmówił walki, zwyciężać zaczęli Trojanie. Widząc to, Patroklos ubłagał Achillesa,
by ten pożyczył mu swoją zbroję. Tak wyposażony ruszył do walki. Patroklos zginął z rąk Hektora. Na wieść o śmierci druha rozwścieczony Achilles wpadł między oddziały Trojan i bezlitośnie się z nimi rozprawił. Na polu walki został tylko Hektor, gdyż reszta jego wojska uciekła przed rozszalałym Achillem. Rozpaczliwe zmagania Hektora z dużo silniejszym Grekiem obserwował król Priam, jego żona i lud trojański. Bezradnie patrzyli na syna, który został w końcu pokonany przez Achillesa. Wściekły i rozżalony zwycięzca wyprawił przyjacielowi wspaniały pogrzeb, natomiast pastwił się przez dwanaście dni nad ciałem pokonanego wojownika. Wlókł jego ciało za rydwanem, okrążając kilkakrotnie mury Troi. Król Priam nie mógł ścierpieć takiej zniewagi i udał się
do obozu Greków z ogromnym okupem, by Achilles zwrócił mu ciało syna. Mimo ogromnego gniewu dumny Grek spełnił prośbę zrozpaczonego ojca.

180 słów.

(6) Pechowy dzień

 

W najgorszych snach nie spodziewał się tej serii niefortunnych zdarzeń. Najpierw okazało się, że budzik nie zadzwonił, więc nie zdąży do szkoły
na pierwszą lekcję. Niezwłocznie zerwał się z łóżka i popędził do łazienki,
ale okazało się, że nie może tam wejść, bo siostra nie zamierza rezygnować
ze starannego makijażu. Kiedy otworzył lodówkę, okazało się, że nie ma mleka. No tak, wczoraj nie chciało mu się iść do sklepu, więc nie ma nawet na kogo zwalić winy. Niezadowolony i nieumyty zasiadł do niesmacznego śniadania. Była tylko nieświeża bułka i obeschnięty, nieapetyczny żółty ser. Ledwie zdążył umyć zęby i porwać plecak z książkami, żeby nie spóźnić się na drugą lekcję. Gnał nieprzytomnie przed siebie, więc nie zauważył, że niedołężna staruszka wychodzi właśnie zza rogu. Wpadł na nią w niepohamowanym pędzie i naraził się na kilka nieparlamentarnych słów z jej strony. Wreszcie dopadł drzwi szkoły
i ze zdumieniem stwierdził, że nie da się ich otworzyć. Niecierpliwie patrzył przez szyby i nie mógł nikogo dojrzeć. Nie słyszał nawet szmeru, nikogo w szkole
nie było. Niedaleko przejeżdżał jakiś samochód z odsuniętymi szybami,
więc dobiegł go niewyraźny głos spikera radiowego, który zapowiadał sobotnią audycję poranną. Niemal usiadł z wrażenia na schodach. Niepotrzebnie się tak spieszył, nie wiadomo po co jadł paskudztwa na śniadanie i naraził się na tyle nieprzyjemności.

182 słowa

 

(7) Zasady dobrego zachowania w lesie

 

Kiedy już nie będziesz mógł znieść miejskiego gwaru, wybierz się do lasu.
Tam masz szansę odetchnąć świeżym powietrzem, nie myśleć o codziennych kłopotach. Nie wolno ci jednak zapominać o podstawowych zasadach zachowania w świecie przyrody.

Po pierwsze nie śmieć. Przecież zapakowanie papierka po batoniku albo butelki po napoju do plecaka nie stanowi problemu.

Po drugie nie pal ani papierosów, ani ognia. Nieostrożne obchodzenie się
z otwartym ogniem
może spowodować nieobliczalne skutki. Pożar lasu
to niewyobrażalne nieszczęścia dla zwierząt i niepowetowane straty materialne.

Po trzecie nie hałasuj. Głośne krzyki, nawoływania i hałaśliwa muzyka wprowadzają wielki niepokój wśród zwierząt. Nieposzanowanie ich spokoju może spowodować, że spłoszone ptaki nie powrócą do swoich piskląt i małe nie przeżyją bez ich opieki.

Po czwarte nie wyrywaj i nie deptaj roślin. Nieprzestrzeganie tego nakazu może doprowadzić do wyginięcia wielu gatunków. Niepotrzebne jest przewracanie trujących grzybów. One są niebezpieczne tylko na talerzu, same z siebie cię
nie zaatakują. Dlatego nie warto zaznaczać swojej niekwestionowanej przewagi nad nimi poprzez deptanie ich kapeluszy. To, co niejadalne dla ludzi, może być nieszkodliwe dla zwierząt.

Generalną zasadą jest takie zachowanie się w lesie, żeby po naszym wyjściu
nie został po nas najmniejszy ślad, żeby żadne zwierzątko ani roślinka nawet
nie zauważyły, że byliśmy w ich świecie.

180 słów

 

 

 

(8) Wigilijny wieczór

 

Wraz z nadejściem zimy zaczęliśmy oczekiwać świąt Bożego Narodzenia.
Spod śniegu były widoczne przysypane białym puchem choinki. W wigilię wybraliśmy się po świąteczne drzewko. Dla moich braci była to ogromna frajda. Będąc już w lesie, spokojnie rozejrzeliśmy się, by wybrać odpowiednie drzewko, najlepiej niedużego świerczka. Około południa wróciliśmy z dorodnym drzewkiem do domu i przystąpiliśmy niezwłocznie do strojenia go. W kuchni siostra krzątała się obok mamy i wraz z nią przygotowywała kolację wigilijną. Najmłodszy kilkuletni brat plątał się wokół mamy. Wraz z pierwszą gwiazdką zasiedliśmy
do uroczystej kolacji. Ojciec zajął miejsce obok mamy. Panował odświętny
i uroczysty nastrój. Przed rozpoczęciem posiłku składaliśmy sobie życzenia świąteczne. Towarzyszyło temu na przemian śmiech i wzruszenie. Po obfitej wieczerzy sięgnęliśmy jeszcze po owoce. Kiedy wszyscy odeszli już od stołu, rodzice zaproponowali, by otworzyć prezenty znajdujące się pod choinką. Sprawiły one całej rodzinie olbrzymią radość. Ojciec otrzymał najnowsze wydanie „Trylogii” Henryka Sienkiewicza. Stwierdził, że jest to prezent ponad jego oczekiwania. Mama nie ukrywała radości, gdy z opakowania wyłonił się robot kuchenny. Ja i mój średni brat otrzymaliśmy narty, siostra piszczała z zachwytu, gdyż dostała wymarzoną grę komputerową, a najmłodsza latorośl — śliczny polarowy dres. Zmęczeni wrażeniami tego dnia poszliśmy spać w nadziei,
że w przyszłości wszystkie wieczory wigilijne będą takie piękne jak dzisiejszy.

182 słowa

 

(9) W sadzie

 

Za lasem znajduje się sad. Przy furtce rosną małe jabłonie. Zimą nie były widoczne spod śniegu, a teraz sięgają sadownikom do kolan. Należy o nie dbać,
by w przyszłości obficie obrodziły i można było zebrać z nich dorodne owoce. Niedaleko jabłoni, przy ścieżce, rosną drzewa wiśniowe. Często siadają w ich cieniu odpoczywający podczas zbiorów ludzie, pracujący w sadzie. Mają wtedy chwilę czasu, by zaobserwować, jak ponad rzędami drzew fruwają ptaki: wróble, szpaki i wiele innych. Dalej, za rowem, który przecina sad, znajduje się letnia altanka ze sprzętem ogrodniczym. Zza rogu tego małego domku wychylają się, jakby z ciekawością, grusze. Są najstarsze spośród rosnących tu drzew. Najpiękniej wygląda sad wieczorem, gdy wraz ze zmierzchem słońce próbuje przecisnąć się poprzez liście. Wygląda to tak, jakby wszystkie drzewa tańczyły ze słońcem. Zebrane owoce sortuje się według wielkości i wkłada do skrzyń wykonanych
z drewna. Następnie transportuje się je do skupu lub przechowuje w chłodniach,
by smaczne i soczyste sprzedać w zimie oraz na wiosnę. Część zbiorów eksportuje się za granicę. Polskie owoce chętnie kupują Niemcy, Francuzi, Szwajcarzy oraz mieszkańcy krajów skandynawskich. Pewna ilość zbiorów trafia do przetwórni,
w których przerabia się je na konfitury, soki i nektary. Każdy z was wie, że owoce są źródłem witamin potrzebnych człowiekowi do prawidłowego rozwoju. Dlatego powinno się je spożywać w jak największych ilościach.

182 słowa

 

(10) Weselne tańce

 

W Lipcach odbywało się huczne wesele Jagny Paczesiówny z najbogatszym gospodarzem we wsi, Maciejem Boryną. Po ceremonii zaślubin w domu Dominikowej – matki panny młodej – rozpoczęła się weselna zabawa. Muzykanci grali zapamiętale, a każdy z gości, gdy tylko przekroczył próg, ruszał w tany. Liczne pary posuwistym krokiem tańczyły „chodzonego”. Posuwały się wokół izby, zawracały, przytupywały, wiły się jak wąż mieniący się różnymi kolorami. Na przodzie, w pierwszej parze tańczył Maciej z Jagusią. Tylko na kilka minut muzykanci przestali grać, po czym huknęła melodia przeznaczona tylko dla młodej pary. Boryna podskoczył do Jagny, objął ją wpół, zakręcił w miejscu, trzasnął obcasami o podłogę tak, że posypały się spod nich iskry, dziarsko wywijał hołubce, a przy tym radośnie pokrzykiwał. Żywiołowy mazur zgromadził gości, którzy otoczyli tańczącą parę. Ci, dla których w izbie brakło miejsca, stali
na podwórzu i obserwowali przez okno wirujących tancerzy. Chcieli także na nich popatrzyć inni mieszkańcy Lipiec, którzy nie byli na weselu. Któż bowiem zrezygnowałby z okazji popatrzenia na wesele najbogatszych gospodarzy we wsi. Tymczasem do Boryny i Paczesiówny dołączyły następne pary. Echo niosło dźwięki muzyki po całych Lipcach. Nikt nie miał ochoty wracać do domu. Wiadomo jednak było, że za kilka godzin przyjdzie czas na poprawiny i zabawa rozpocznie się od nowa, dlatego też powoli goście rozchodzili się do swoich domów, by odpocząć i nabrać sił do kolejnego dnia wesela.

180 słów.

(11) Poloneza czas zacząć

 

W Soplicowie trwała uczta wydana z okazji zaręczyn Zosi i Tadeusza. Uroczystość tę uświetniła obecność generała Henryka Dąbrowskiego, który wraz
z wojskiem Napoleona kierował się na wschód, by zmierzyć się z Rosjanami. Ponieważ Soplicowo leżało na trasie przemarszu oddziałów, postanowiono rozłożyć na trzy dni obóz w tej właśnie miejscowości. Końcowym akcentem uroczystości był polonez. Poprowadził go Podkomorzy, który podał rękę Zosi
i stanął w pierwszej parze. Za Podkomorzym ruszyły następne pary. Szlachcic wyróżniał się wśród pozostałych tancerzy strojem, postawą oraz kunsztem poruszania się w tańcu. Jego ruchy, kroki, mimika bardziej przypominały rozmowę
z partnerką, flirt, uwodzenie niż taniec. To zbliżał się do tancerki, to znów oddalał, czasami przystawał, jakby chciał o coś ją spytać. Pochylał głowę w jej stronę, szeptał coś do ucha. Śledził spojrzeniem damę, uśmiechał się zalotnie. Nagle zdjął czapkę, uniósł ją do góry, w końcu nałożył na bakier. Za chwilę podkręcił wąsa
i udał, że pragnie wymknąć się ze swą damą spośród tłumu. Przyspieszył kroku, skręcił w bok i znowu podążył w innym kierunku, jakby chciał zmylić kroczących za nim tancerzy. Ci z kolei, próbowali dotrzymać kroku Podkomorzemu, który wykonując różne figury, potwierdzał każdą z nich, że jest ostatnim „co tak poloneza wodzi”. Goście, którzy przyglądali się pierwszej parze, nie mogli nadziwić się kunsztowi tancerza. Podziw i zachwyt wyrażali głośnymi okrzykami.

179 słów.

(12) Atak niedźwiedzia

 

Zza gęstych drzew i krzewów wypadł z wściekłością niedźwiedź, łamiąc
po drodze wszystko, co napotkał. Jego straszliwy ryk słychać było w całym lesie. Spoglądał wokoło nabiegłymi krwią oczyma.

Hrabia i Tadeusz spoglądają odważnie na rozjuszone zwierzę. Są przygotowani do ataku. Wyciągają równocześnie dwururki, strzelają. Strzały są chybione. Niedźwiedź wznosi się na tylnych łapach. Myśliwi jednocześnie chwytają oszczep, wydzierają go sobie nawzajem. Tuż obok nich błyskają z wielkiego czerwonego pyska dwa rzędy kłów niedźwiedzich. Hrabia i Tadeusz uciekają w popłochu. Rozjuszony mieszkaniec matecznika podąża za młodzieńcami. Już sięga łapą głowy Hrabiego. Z boku biegną Asesor i Rejent, o sto kroków przed nimi – Gerwazy, obok ksiądz Robak bez strzelby. Nagle słychać huk wystrzału. Ogromne zwierzę pada na ziemię. Czyj strzał był celny? Wokół niedźwiedzia gromadzą się uczestnicy polowania. Spomiędzy nich wyszedł Gerwazy i wydobył z głowy niedźwiedzia kulę, która powaliła zwierzę. Sługa Horeszków poinformował zebranych, że to nie on uratował życie obu młodzieńców, ale ksiądz Robak.
To on oddał strzał między głowami
Horeszki i młodego Soplicy, trafiając niedźwiedzia. Gerwazy wyjaśnił dalej, że spośród wielu znakomitych strzelców, znał tylko jednego, który potrafił ze stu kroków trafić w środek paszczy niedźwiedzia. Tym człowiekiem był Jacek Soplica.

177 słów

 

(13) Tego nie można nie zobaczyć

 

W okresie świąt wielkanocnych nie szkoda na dłużej zatrzymać się w Krakowie, gdyż nie brak tu atrakcji związanych z tradycjami, sięgającymi najdawniejszych czasów. Nie sposób opowiedzieć o wszystkich, ale warto wspomnieć o niebywałej urody jarmarkach. Nie można na pierwszym miejscu nie wymienić emausu – odpustu, najsłynniejszego w Krakowie, jeśli nie w całej Małopolsce. Nie trzeba chyba przypominać, iż nazwa jarmarku pochodzi od miasta Emaus, do którego udał się Jezus po zmartwychwstaniu i gdzie nie poznali Go uczniowie. Na krakowskim emausie można kupić nie tylko niezwykle kolorowe drewniane zabawki, ale także nienależące do najtańszych gliniane dzwonki i niezwykle smaczne cukierki. Nie należy zapominać, iż to lany poniedziałek i nieostrożne panny niechybnie nie wrócą do domu w suchych ubraniach. Nie wiadomo, z której strony niespodziewanie podbiegną niestrudzeni obrońcy tradycji. Spacerować w tym dniu w nie najsuchszej sukience to nie wstyd. Niektórzy nie przestraszą się podobnych niedogodności i pozostaną w mieście jeszcze jeden dzień, nie zapominajac o innej tradycji – rękawce. W dzielnicy Krzemionka znajduje się nie największy, ale bardzo malowniczy kopiec Kraka, legendarnego założyciela miasta. Od niepamiętnych czasów odbywa się tu obrzęd, sięgający czasów pogańskich, zwany właśnie rękawką. Zgodnie z legendą po śmierci Kraka, cieszącego się niespotykanym szacunkiem poddanych, lud nosił w rękawach, zapewne nie najwęższych, ziemię na usypanie kopca. Na pamiątkę tamtego niecodziennego wydarzenia mieszkańcy grodu zrzucali z niezbyt wysokiego wzgórza owoce i słodycze, nierzadko w ilościach nie mniejszych niż liczba zgromadzonych na dole ubogich, żaków i dzieci.

178 słów

 

(14) Klasówka z matematyki

 

We wtorek pan Wróblewski zapowiedział klasówkę z matematyki. Wszyscy osłupieli i z przerażeniem spoglądali na wychowawcę. Nikt jednak się nie sprzeciwił, nie pisnął słówkiem. Cała klasa zamierzała solidnie przyłożyć się
do nauki i otrzymać jak najwyższe noty.

Przyszedł dzień pracy klasowej. Czas płynął nieubłaganie. Uderzenia zegara
na wieży mariackiej zakłóciły spokój uczniów. Zatrwożone twarze chłopców
i dziewcząt z lękiem patrzyły na posuwisty ruch wahadła. Serca zgromadzonej
w klasopracowni młodzieży biły przyśpieszonym rytmem. Nauczyciel rozdał testy. Uczniowie zamarli w bezruchu. Prawie wszystkie zadania dotyczyły obliczania procentów. Nikt nie spodziewał się, że najwięcej problemów będzie z wyliczeniem trzy czwarte procent. Wszyscy mieli przedziwne, głupie i zgorzkniałe miny.
Z nieopisanego chaosu myśli nie potrafili wyłonić żadnej sensownej reguły. Pogrążony w niecodziennym smutku Hipolit trzymał się kurczowo i liczył na łut szczęścia. Justyna wśród piór, ołówków, cyrkli bezskutecznie szukała niebiesko-beżowego długopisu z ażurową skuwką. Gigantyczny strach sparaliżował zgromadzonych szóstoklasistów. Każdy już doskonale wiedział, że żmudna, ciężka praca i najwyższy wysiłek nie przyniosły chlubnych rezultatów. Pan Wróblewski niestety nie był osobą życzliwą i z pogardą przyglądał się omdlałym tułowiom
i zaróżowionym policzkom przyszłych gimnazjalistów.

160 słów

 

(15) Lawina

 

Kręta ścieżka wiodła stromo w góry. Patrycja przyśpieszyła kroku.

— Trzymaj się blisko mnie i uważaj na wystające korzenie drzew! — krzyknęła
w stronę towarzyszki wyprawy. – Nadchodzi gęsta mgła. Dziewczyny szły bardzo powoli. Mleczna zasłona otoczyła już szczyty gór. Patrycja z Elżbietą nie widziały czubków swoich butów. Wolniutko posuwały się naprzód, aż dotarły na polanę.
Po prawej stronie górskiej łąki znajdowała się drewniana chata. W środku było bardzo przytulnie.

– Prześpimy się tu. Rano wyruszymy w dalszą drogę – zadecydowała Patrycja.

Następnego dnia przyjaciółki kontynuowały podróż. Po południu zaczął padać śnieg. Lodowe kryształki miękko opadały na wełniane czapki turystek. Zerwał się wiatr. Patrycja wiedziała, że taki śnieg w połączeniu z silnym wiatrem to śnieżyca. Dziewczyny przyśpieszyły kroku. Zaczęły biec. Jedna z nich zauważyła szczelinę w skałach. Szybko wślizgnęły się do środka. O świcie śpiące turystki obudził przerażający huk. Na skaliste górskie zbocze spadło zbyt dużo śniegu. Jego masy nie mogły się dłużej utrzymać. Kaskady śniegu zaczęły osuwać się w dół. Lawina zasypała wejście do jaskini. Turystki znalazły się w niebezpiecznym potrzasku. Patrycja przypomniała sobie o telefonie komórkowym.

Dzięki sprawnej akcji ratowników dziewczyny bezpiecznie wróciły do domu.

166 słów

 

(16) Egzotyczny aromat

 

Ciotka Hiacynta postawiła na stole puszysty krem waniliowy. Zuzia i Norbert zajadali się przysmakiem, gdy Mateusz zapytał:

— Jak nazywa się to coś o tak wspaniałym zapachu i smaku?

Ciotka zerknęła na szafkę, wyjęła pudełeczko zapełnione suszonymi, ciemnobrązowymi, długimi i wąskimi patyczkami.

— To są właśnie laski wanilii – odpowiedziała dzieciom. – Jak chcecie,
to opowiem wam, skąd się one wzięły.

Ojczyzną wanilii jest Meksyk. Na długo przed odkryciem Ameryki przez Kolumba była wykorzystywana przez rdzennych mieszkańców do aromatyzowania kakao. Królowie Azteków, którzy podbili znaczną część środkowo — i południowo – amerykańskich plemion, domagali się od swoich wasali regularnych danin
z wonnej przyprawy. Hiszpańscy konkwistadorzy też bardzo szybko docenili
ją samą i jej niebagatelną wartość materialną. To właśnie oni sprowadzili wanilię do Europy.

Roślina ta jest bardzo trudna do uprawy. Należy do rodziny storczykowatych
i wspina się za pomocą powietrznych korzeni dość wysoko na drzewa. Kwiaty wanilii są duże i oryginalne. Żyją niestety tylko jeden dzień. Jeśli dojdzie
do zapylenia, po pewnym czasie pojawia się długa strąkowata torebka z licznymi wewnątrz nasionami, która wcale nie pachnie. Dopiero moczenie i fermentacja wydobywają wspaniały aromat z tych niepozornych patyczków.

Ciotka Hiacynta skończyła opowieść i zauważyła, że na stole nie pozostało już nic do jedzenia.

160 słów

(17) W Dobrzynie

 

Maciej nie był człowiekiem bogatym, mimo to cieszył się wielkim poważaniem wśród sąsiadów. Dom Maćka Dobrzyńskiego stał między kościołem a karczmą. Robił wrażenie bardzo starego, dach bowiem porastały mchy i trawy. Liczne ślady od kul wskazywały na to, że gospodarz stoczył niejedną walkę. Tuż przy bramie leżała wielka kula armatnia z czasów najazdu szwedzkiego. Na szlacheckie pochodzenie właściciela wskazywały widoczne nad drzwiami wejściowymi herby, znad których co chwilę unosiły się jaskółki, w tym bowiem miejscu uwiły sobie gniazdo. Wokół domostwa panował nieład. Odnosiło się wrażenie, że nikt tutaj nie dba ani o dom, ani o jego otoczenie. Brama była otwarta, ogród nie był otoczony płotem. Zamiast upraw, na grzędach rosły brzózki. Obok domu mieściły się stare budynki gospodarcze: lamus, spichlerz, obora i stajnie. We wszystkich zakamarkach zabudowań widoczne były jaskółcze gniazda. Ze strzech zwieszały się kępy bujnie rosnącej pokrzywy i dziewanny. Naokoło domu, po nieskoszonej trawie biegały swobodnie białe króliki, ulubione zwierzęta Maćka. O dawnym trybie życia właściciela zaścianka świadczy wnętrze domu, stajni i wozowni. Przypominały one starą zbrojownię. W najróżniejszych miejscach wisiały akcesoria wojenne: szyszaki, wielka kolczuga, pancerz, rapiery, buńczuk… Obecnie zmieniły one swoje przeznaczenie: niektóre służyły w kuchni, w innych zagnieździły się gołębie. Całe domostwo Maćka nad Maćkami świadczyło
o naturze gospodarza – mądrego i roztropnego patrioty.

182 słów

 

(18) Grobowiec faraona

 

Cofnijmy się w czasy odległe od nas o cztery tysiące lat. Znad brzegu Nilu sunie z wolna pod górę tłum niewolników. Są wśród nich ludzie młodzi i starsi. Idą krok za krokiem, poganiani przez nadzorców. Dźwigają olbrzymie bloki kamienne,
z których powstanie grobowiec faraona. Ciężar kamieni jest tak ogromny,
że posuwają się powoli, by nie upaść lub nie potrącić idącego obok niewolnika. Wskutek wyczerpania przystają od czasu do czasu, wówczas nadzorcy krzykiem,
a nierzadko i batem poganiają znękanych budowniczych. Muszą więc iść ciągle naprzód. Grób faraona Cheopsa wznoszono przez lata. Jest to bez wątpienia najokazalsza z piramid zbudowanych z krwi, potu i łez ludzkich, z pracy ponad siły. Budowla ta ma kształt ostrosłupa na planie kwadratu, usytuowanego bokami według stron świata, z wejściem od północy. Wewnątrz budowli znajduje się rampa wejściowa oraz korytarze prowadzące do komory grobowej z sarkofagiem. Z boku piramidy wydrążone są zagłębienia. Przed wschodnim bokiem umieszczono górną świątynię grobową z dziedzińcem, z niszami na posągi. Całość budowli otoczona była murem połączonym rampą ze świątynią dolną, położoną nad kanałem, na skraju pustyni. Grób faraona jest budowlą nadzwyczaj okazałą. Trudno doprawdy dziś zrozumieć, dlaczego wznoszono te monumentalne budowle za cenę setki istnień ludzkich.

163 słowa

 

 

 

(19) Troska o rodziców

Biegał z wykładu na wykład niosąc książki pod pachą. Dojazd na zajęcia zajmował mu tyle czasu, że nie zdążał na obiad. Pod wieczór łapał go taki głód,
że pochłaniał górę kanapek i popijał kilkoma kubkami herbaty. W taki sposób najłatwiej wyhodować w sobie wrzód w żołądku, ale nie to było jego największym zmartwieniem. Chciał jak najszybciej zdać egzaminy i pojechać do rodziców. Przeczucie podpowiadało mu, że jest tam niezbędny w porze żniw. Ojciec był już stary i choroba nóg utrudniała mu wykonywanie obowiązków. Mama po przebyciu kilku poważnych chorób była słaba i ledwie starczało jej sił na przygotowanie posiłków i utrzymywanie porządków w domu.

Z wielkim poświęceniem rodzice zdobywali środki na jego wykształcenie.
On sam podpierał swój studencki budżet pracą w ośrodku szkolenia kierowców. Może, gdy zdobędzie już upragniony zawód inżyniera, będzie mógł ubiegać się
tu o posadę. Postanowił, że wtedy staruszków zabierze do siebie. Albo, jeśli nie zechcą opuścić rodzinnych stron, odsprzeda gospodarstwo któremuś z sąsiadów,
a uzyskaną kwotę wpłaci im na konto. Takie zabezpieczenie finansowe pozwoli starym rodzicom odpocząć po latach ciężkiej harówki. Żeby tylko wszystko ułożyło się według jego planów. Wiedział, że nie może sobie pozwolić na żaden błąd młodości, tak typowy dla jego beztroskich kolegów z bogatych miejskich domów.

174 słowa

 

(20) Na miejskim targowisku

 

Był lipcowy dzień przed południem. Słońce paliło niemiłosiernie i dokuczał wszystkim straszliwy upał. Na targowisku miejskim znajdowało się dużo ludzi. Wszyscy mieli torby, torebki i wielkie worki plastikowe. Największy tłok panował przy stoiskach. Tam ludzie przepychali się i potrącali wzajemnie. Słychać było przy tym kłótnie i obraźliwe słowa. Kupujący narzekali na towar, a straganiarze zachwalali towar.

Na innych stoiskach porozkładano odzież, głównie zagraniczną. Tłoczyła się tam przede wszystkim młodzież, podziwiając modne spodnie, kurtki, swetry; nie zawsze w najlepszym gatunku, a za to bardzo drogie.

Młodsze dzieci zapatrzone były na stragany ze słodyczami. Uwagę ich przyciągały kolorowe lizaki o bardzo różnych kształtach, gumy do żucia
i smakowite cukierki.

Mamusie odciągały swoje pociechy od kuszących miejsc.

Nagle zza budki z lodami wyłonił się brodaty mężczyzna. Ubrany był na czarno, a twarz zakrywała mu pończocha. Mężczyzna złapał za szyję przechodzącą obok kobietę i wyrwał jej torbę z ręki. Napadnięta, krzycząc głośno, próbowała się bronić, lecz nikt jej nie pomógł. Dopiero po chwili napastnik upadł na ziemię, jakby rażony gromem. Oczom wszystkich ukazał się dziarski staruszek, trzymający w dłoni długą laskę. Dobrze wiedział, kiedy i jak jej użyć.

Kobieta była zaskoczona interwencją staruszka i serdecznie mu podziękowała.

179 słów

 

 

(21) Trasa moich ulubionych spacerów

 

Niedziela jest moim ulubionym dniem tygodnia. Wtedy, przy ładnej pogodzie, chodzę na długie spacery. Najbardziej lubię spacerować po skwerku położonym nad brzegiem morza, niedaleko molo w Orłowie i po pobliskich lasach.

Przez skwerek przechodzi długa i kręta droga, kierując kroki spacerujących
do parku. Przy drodze tej, wysypanej piszczącym pod nogami piaskiem, stoją ławki.

Koło ścieżki znajdują się różnobarwne kwietniki. Przy końcu ścieżki stoi zielony domek, w którym latem można kupić frytki i smażone ryby. Za domkiem
są długie, strome schody prowadzące na plażę oraz molo.

Molo jest starą drewnianą konstrukcją i jest najbardziej uczęszczaną częścią nadmorskiego skweru. Wzdłuż molo ustawione są po brzegach białe ławki,
na których latem ludzie odpoczywają lub opalają się.

Dla mnie okolice skweru i molo nie są atrakcją, gdyż mieszkam niedaleko i znam cały teren jak „własną kieszeń”. Wolę natomiast chodzić do pobliskiego lasu. Uwielbiam zagłębiać się w czystą zieleń, słuchać śpiewu ptaków i czuć zapach starych świerków i jodeł. Lecz te piękne miejsca z roku na rok ulegają zniszczeniu. Co rok, a najwięcej jesienią, wieją silne wiatry i rozszalałe fale podmywają brzeg, wyrywając drzewa z korzeniami.

Lecz i tak kocham to miejsce, więc staram się wraz z koleżankami i kolegami zaradzić dalszemu niszczeniu tego pięknego zakątka.

182 słowa

(22) Czarnolas

 

Uczniowie klasy humanistycznej zorganizowali wycieczkę do Czarnolasu. Miejsce, w którym Jan Kochanowski spędził znaczną część swojego życia, położone jest daleko od głównych szlaków komunikacyjnych ziemi radomskiej. Chcąc się tam dostać, musieli odbyć pieszą wędrówkę. Po godzinie marszu uczestnicy wycieczki ujrzeli przed sobą piękny park i białe, prześwitujące między starymi drzewami, budynki.

Roześmianą grupę młodzieży przywitały wiewiórki, które wesoło skakały po drzewach i po alei świerkowej prowadzącej do dworku. W ciszy i skupieniu uczniowie oglądali zgromadzone tu reprodukcje obrazów, rzeźby, plansze ilustrujące młodość, studia, dzieła poety i inne eksponaty. Później wszyscy poszli do pięknej, przylegającej do dworku, neogotyckiej kaplicy.

W podziemiach młodzież zobaczyła grobowce Jabłonowskich i Lubomirskich.
Z kaplicy uczestnicy wycieczki przeszli aleją lipową do granitowego obelisku
z popiersiem poety, przed którym stoi symboliczna kamienna trumna z prostym, jakże wzruszającym napisem: Urszulka. Uczniowie długo siedzieli w pięknym, czysto utrzymanym parku. Patrząc na stare dęby, słuchali opowieści przewodnika
i chłonęli zapach lip, z których jednak żadna
nie może pamiętać swojej prababki — lipy, która kiedyś osłaniała Jana Kochanowskiego przed promieniami letniego słońca.

W drodze powrotnej młodzież zwiedziła jeszcze kościółek w Przytyku, gdzie poeta czarnoleski brał ślub z Dorota Podlodowską.

168 słów

 

(23) Pożar

 

„() Noc jednak bladła już od dawna, brzask przechodził w świt i na wszystkich pobliskich wzgórzach świeciły również złote i różowe blaski, mogące pochodzić zarazem od pożogi i od jutrzni. Winicjusz dobiegł do szczytu i wówczas straszliwy widok uderzył jego oczy.

Cała nizina pokryta była dymami, tworzącymi jakby jedną olbrzymią, leżącą tuż przy ziemi chmurę, w której znikły miasta, akwedukty, wille, drzewa; na końcu zaś tej szarej, okropnej płaszczyzny gorzało na wzgórzach miasto.

Pożar jednakże nie miał kształtu ognistego słupa, jak bywa wówczas, gdy się pali pojedynczy, choćby największy budynek. Była to raczej długa, podobna do zorzy wstęga.

Nad tą wstęgą wznosił się wał dymu, miejscami zupełnie czarny, miejscami mieniący się różowo i krwawo, zbity w sobie, wydęty, gęsty i kłębiący się jak wąż, który się kurczy i wydłuża. Potworny ów wał chwilami zdawał się przykrywać nawet wstęgę ognistą, tak iż czyniła się wąską jak taśma, lecz chwilami ona rozświecała go od dołu, zmieniając jego dolne kłęby w fale płomienne. Oboje ciągnęły się od krańca do krańca widnokręgu, zamykając go tak, jak czasem zamyka go pasmo leśne. Gór Sabińskich nie było wcale widać.”

160 słów

 

 

(24) Walczymy o ekologię

 

Pod oknami bloku rósł rząd wysokich wierzb. Wśród gałęzi było mnóstwo gniazd ptaków. Piękny śpiew małych sąsiadów budził radość na ludzkich twarzach. Pewnego ranka przed dom zajechała ekipa robotników z wielkimi piłami. Zamiast śpiewu obudził mieszkańców ich złowrogi ryk. Wyraz przerażenia i oburzenia na twarzach lokatorów domu nie pozostawiał żadnych wątpliwości.

Wkrótce na chodniku przed blokiem stał tłum rozgniewanych mieszkańców. Wokół drzew utworzyli wielki krąg i nie pozwolili tknąć ani jednego z nich. Przywódca robotników próbował przekonać wzburzonych lokatorów i objaśnił
im, że zarząd dzielnicy powziął zamiar wybudowania płatnego parkingu
dla samochodów. Na tę wiadomość reakcja była natychmiastowa. Mieszkańcy postanowili bronić drzew pomimo gróźb władz. Został wybrany skład delegacji upoważnionej do rozmów z zarządem dzielnicy. Pan Grzyb i pani Gołąb oraz pan Błaż przedstawili bezmyślnym urzędnikom spis żądań mieszkańców. Przede wszystkim żadnego ścinania drzew, po drugie nie ma mowy o stawianiu samochodów pod oknami ich mieszkań, a po trzecie każda decyzja na temat zmian wymaga zgody mieszkańców. Już po kilku tygodniach upór mieszkańców został nagrodzony. Zarząd wycofał się ze swoich pomysłów, a wiernych przyjaciół ptaków nadal budzi ich śpiew.

179 słów

 

(25) Tajemniczy pakunek

 

Po usłyszeniu dzwonka otworzył drzwi. Spostrzegł w nich niewysokiego osobnika o bezbarwnym wyglądzie, który trzymał w ręku paczkę. Bezwiednie podpisał dokument odbioru i zabrał pakunek do swojego pokoju.
Tam zaciekawiony rozerwał papier i rozpakował nieoczekiwaną przesyłkę.
W środku znajdowała się niewielkich rozmiarów kostka. Było to jakieś skomplikowane urządzenie elektroniczne, którego przeznaczenia nie znał. Sześcian miał czarny kolor i był zbudowany z twardego materiału. Próbował rozebrać urządzenie. Rozgorączkowany chciał znaleźć jakieś dane nadawcy, ale żadna wskazówka nie naprowadziła go na ślad ofiarodawcy. Zaintrygowany, bezskutecznie badał kawałek nieznanej materii, aż w końcu sześcian wysunął mu się z rąk i spadł na podłogę. Po uderzeniu o podłogę, kostka zaczęła się rozrastać do rozmiarów całego pokoju. Jakaś nieznana siła bezszelestnie zaczęła go wsysać do wnętrza. Bezskutecznie usiłował się opierać. Bezlitosnego rozpędu
nie wstrzymały żadne rozpaczliwe krzyki. Po chwili wszystko nagle ścichło. Znajdował się w bezruchu, jakby zawieszony w jakiejś bezkresnej pustce. Mógł się tylko domyślać, że to wnętrze kostki wessało go niepostrzeżenie. Rozpaczliwie poszukiwał jakiegoś wyjaśnienia tej sytuacji. Nagle dostrzegł rozpędzony obiekt, który bezszelestnie zbliżał się w jego kierunku. Dostrzegł, że to inny sześcian.
W jego wnętrzu znajdował się on sam w chwili, kiedy z rozpromienioną twarzą odbiera od posłańca pakunek.

167 słów

 

(26) Młodzieżowy mistrz przedsiębiorczości

 

Z niepokojem oczekiwał na rozstrzygnięcie wyników konkursu. Rozważał swoje dalsze kroki, które podejmie w zależności od werdyktu. Ale rozdyskutowani jurorzy nie spieszyli się z decyzją. Wreszcie na scenę wyszedł przedstawiciel organizatora i z rozjaśnioną twarzą ogłosił postanowienia sądu konkursowego.
Po bezgranicznie długim i rozszarpującym duszę wstępie oznajmił wszem i wobec, że to właśnie on, młody gimnazjalista z niewielkiej wioski spod Andrychowa został zwycięzcą w rywalizacji o tytuł młodzieżowego mistrza przedsiębiorczości. Przez chwilę był bezgranicznie szczęśliwy. Bezsprzecznie ten tytuł mu się należał, bo nikt inny nie wymyślił tak sprytnego systemu sprzedaży usług, które można świadczyć turystom w okresie od marca do października. Za namową swojego wychowawcy zgłosił udział w konkursie. Chciał w ten sposób rozpropagować sprawny i bezpieczny sposób na wsparcie skromnego budżetu uczniowskiego.
Być może z czasem uda się ten pomysł rozwinąć i udoskonalić. Niewykluczone,
że stanie się podstawą dobrze prosperującego przedsiębiorstwa. Miałby wtedy szansę wspiąć się wyżej, zdobyć środki wystarczające na skończenie studiów
i zmienić życie swoje i rodziców. Zawsze był rozsądnym i spokojnym chłopakiem. Rozsadzającą go energię potrafił spożytkować w bardzo konstruktywny sposób. Zamiast rozbijać się z kolegami na rowerach, albo spędzać czas na bezowocnych zajęciach, postanowił zaprząc do pracy swój intelekt. Nawet się nie spodziewał,
że myślenie ma taką potężną moc sprawczą.

171 słów

 

(27) Obozowy apel

 

Była noc. Ciszę zakłócały tylko senne westchnienia mieszkańców namiotu. Nagle rozbudził nas ostry dźwięk trąbki. Rozespani i skonani po wczorajszych zawodach wspinaczkowych zwlekliśmy się z łóżek. W namiocie zjawił się kierownik obozu i nieznoszącym sprzeciwu głosem wydał rozkaz
do natychmiastowego rozpoczęcia podchodów. Byliśmy strasznie źli. Kierownik ułożył rozkład zajęć, żeby nie pozostawić nam nawet chwili czasu na bezczynność. Najwyraźniej ani na chwilę nie chciał stracić kontroli nad grupą. Ale tym nocnym alarmem naprawdę nas zszokował. Rozzłoszczeni zbieraliśmy się przed namiotem wsuwając nogi w buty i naciągając na zmęczone grzbiety jakieś łachy. Byliśmy zziębnięci i czuliśmy się beznadziejnie. Ale nie mogliśmy zrobić mu przyjemności, więc sprężyliśmy się w sobie i ze skwaśniałymi minami ruszyliśmy w mrok nocy. O nie, nie sprawimy mu satysfakcji, choćbyśmy mieli schodzić las wszerz
i wzdłuż, znajdziemy wszystkie ukryte według wskazówek przedmioty.
Nad zmęczeniem i rozdrażnieniem zaczęło górować rozbawienie. Odnajdywanie ukrytych przedmiotów zaczęło nam sprawiać wielką satysfakcję. Nie wiadomo kiedy rozpoczął się wschód słońca. Zmęczeni, ale zadowoleni zjawiliśmy się nad ranem w obozie i rozsypaliśmy na środku placu wszystkie nasze zdobycze.
Kiedy kierownik gratulował nam wspaniałe wykonanie zadania, poczuliśmy dumę i wzruszenie. Być może ten pomysł z podchodami nie miał nas pognębić,
ale wesprzeć w pokonywaniu własnej słąbości.

174 słowa

(28) Kajakiem po jeziorze

 

Siedzimy z przyjacielem w kajaku, który sunie delikatnie po równej tafli jeziora. Pogoda jest wręcz idealna, ciepło, ale niezbyt upalnie. Lekki wietrzyk kołysze leciutko kajakiem, wspomagając nasze równomierne ruchy wiosłami.

Droga wiedzie przez długie, wąskie, połączone ze sobą jeziora. Ich brzegi
to zbliżają się, to oddalają od siebie, tworząc różnej wielkości zatoki i półwyspy. Gdzieniegdzie widać ludzi leżących na przybrzeżnych plażach. Niektórzy opalają się, a inni zażywają przyjemności kąpieli w jeziorze. Z daleka dochodzi gwar bawiących się dzieci, których kolorowe kostiumy i kapelusze poruszają się
jak motyle na łące. W tle rozciąga się gęsty i ciemny las świerkowy.

Płyniemy dalej. Jezioro zakręca wąskim paskiem wody i przewija się między wzgórzami. Las niknie nam z oczu. Ponad wodą ciągną się niewysokie, kopiaste wzgórza. Widać pojedyncze domy i zabudowania gospodarskie, a czasami całe wsie. Niekiedy spomiędzy domów wychyla się wysoka strzelista wieża kościoła. Słychać wtedy dochodzące z oddali dźwięki kościelnych dzwonów, które wiatr
aż do nas przenosi po wodzie.

Obserwujemy piękno mijanych krajobrazów; świeżą zieleń traw, biel i żółć lilii wodnych oraz bogactwo barw roślin przybrzeżnych.

Na wodach jezior spotykamy różne ptaki. Pięknie wyglądają dzikie, wielkie, białe łabędzie, które powoli i z powagą przesuwają się po powierzchni wód.

169 słów

 

(29) Moje ulubione zwierzę

 

Zawsze marzyłam o psie, lecz mama nie chciała o nim słyszeć.

Niedługo mamy się przenieść do nowego, dużego domu, więc mama zgodziła się wreszcie na psa. Koleżanka mojej mamy dała nam czterotygodniowego szczeniaka, którego matka była bokserką, a ojciec prawdopodobnie dogiem. Nazwaliśmy go Kleks. Jest koloru sarny, to znaczy żółtobrązowy. Ma też,
jak sarna, biały zadek z dwoma „wicherkami”, wyglądającymi jak małe loczki. Pomiędzy nimi – krótko obcięty ogon.

Mój pies ma duże i mocne łapy, gruby kark oraz śmieszną mordkę.
Ma nie
przycięte, długie uszy, które, gdy nasłuchuje, podnosi do góry. Jego oczy
są otoczone czarną obwódką.

Kleks bardzo lubi wychodzić na spacery, jest żarłoczny i ciągle głodny.

Jest psem bardzo mądrym i reaguje na wiele poleceń. Mówimy na niego zdrobniale Kleksio lub Kleksik. Jest przyjaźnie nastawione do kotów i innych psów. Nie dałby skrzywdzić ani mnie, ani rodziców. Niedawno, gdy byliśmy z nim w lesie, Kleks wszedł na szkło, które leżało na ziemi i skaleczył sobie łapę. Rana była dość duża, więc martwiliśmy się wszyscy o niego. Na szczęście jest
już wszystko w porządku, łapa zagoiła się.

Bardzo kocham mojego psa i nie oddałabym go za żadne skarby świata.

183 słowa

 

(30) Wizyta w Stanach Zjednoczonych

 

Michałowi udało się wreszcie polecieć do Stanów Zjednoczonych. Nie mógł się nacieszyć perspektywą spędzenia dwóch miesięcy u starszego brata. Wiedział,
że nie będzie tam leniuchować. Żeby nie obciążać brata kosztami swojego utrzymania, pstanowił zatrudnić się jako pomoc kucharza w barze
z hamburgerami. Miał piec mięso i wydawać porcje kelnerom. Nie zamierzał kpić ze swoich obowiązków, ale nie wiedział, że przez pół dnia będzie latać
z wywieszonym językiem, żeby zdążyć wykonać przydzielone obowiązki. Na serio zaczęło iskrzyć między nim i szefem zmiany, kiedy zdarzyło mu się stłuc dzbanek z kawą i oblać nią czyściuteńkie spodnie pryncypała. Nie wiedział, czy ma uciekać przed wściekłością szefa, czy płacić za spowodowane przez siebie straty. Oczywiście musiał zrobić to drugie, a oprócz tego przeprosić serdecznie za swoją niezdarność. Na szczęście zwierzchnik dał się udobruchać i wspaniałomyślnie postanowił ostatni raz przebaczyć chłopakowi. I bardzo mu się to opłaciło,
bo Michałowi udało się usprawnić i przyspieszyć obsługę klientów. Tak więc
po powrocie do domu mógł się pochwalić, że z podróży udało mu się przywieźć nie tylko zarobione dolary i wspaniałe wrażenia, ale i nowe kwalifikacje, które będzie mógł wykorzystać w przyszłości.

162 słowa

 

(31) Lot jastrzębia

 

Nad zakurzonym podwórzem krążył potężny jastrząb z rozłożystymi skrzydłami. Zatrwożone ptactwo rozpierzchło się w różne strony. Nagle drapieżnik złożył skrzydła i jak strzała runął na upatrzoną ofiarę. Biedne kaczątko zaskrzeczało przeraźliwie i już po chwili, potrząsane zakrzywionymi szponami, oddało życie. Drapieżca poszybował w zachmurzone niebo. Przez chwilę krążył w pobliżu drzewa, na którym założył gniazdo dla swoich piskląt. Przysiadł na najgrubszym konarze, ostrymi jak noże szponami i krzywym dziobem rozrywał na strzępy zdobycz. Połykał pospiesznie kęsy pożywienia, jakby bał się, że coś odbierze
mu upolowaną żywność. Kiedy z kaczuszki nie zostało nawet piórko, rozłożył skrzydła i poszybował do gniazda. Tam ujrzał rząd otwartych dziobów swoich żarłocznych dzieci. Spokojnie zaczął dzielenie pożywienia między skrzeczące maluchy. Wyrzucał przeżute kęsy wprost z własnego żołądka. Opierzone stworzonka żarliwie otwierały małe dziobki. Troskliwa matka nikomu nie poskąpiła jedzenia. Wszystkie maluchy pożarły swoje przydziały, ale nie przestały się drzeć, żądając następnej porcji. Jastrzębia matka nie miała czasu
na rozważania. Ponownie wzbiła się w powietrze, aby upolować choćby przepiórkę. Wiecznie głodne pisklęta czekały na posiłek, od tego zależało
czy przeżyją. Żadne żywe stworzenie, oprócz człowieka, nie zabija przecież
bez koniecznej przyczyny.

166 słów

 

(32) Świat zwierząt

 

W świecie zwierząt każdy ma przypisane sobie cechy, które wyróżniają
go spośród innych. Na przykład żyrafa wyróżnia się przysłowiową szyją, dzięki której może dosięgnąć najwyższych gałęzi drzew akacjowych. Żubr kojarzy się
z upodobaniem do przebywania w nieprzebytych ostępach puszczy, dlatego określa się tak kogoś, kto porzuca zgiełk świata na rzecz przebywania w ciszy
i na odludziu. Żuraw jest ptakiem słynącym z czujności. Z tej przyczyny osoby zawsze przygotowane na nieprzewidziane okoliczności, nie dające się zaskoczyć, przyrównuje się do żurawia. Niekorzystne skojarzenia budzi niestety wąż,
a zwłaszcza żmija. To zwierzę wyobraża podstęp oraz krwiożercze skłonności.
Nie każdy pamięta, że wiele węży to nieszkodliwi sprzymierzeńcy człowieka
w zwalczaniu żarłocznych gryzoni. Żółw to symbol powolności. Niemrawe, powolne chodzenie to poruszanie się żółwim krokiem. Zupełnie inne wyobrażenie mamy o żbiku. Ten rzadki drapieżnik, należący do rodziny kotowatych, skacze szybko jak sprężyna i porusza się z wielką szybkością i zręcznością. Jest więc przeciwieństwem żółwiowego stylu życia. Warto jeszcze poświęcić słowo nietoperzom. Te nocne ssaki o niemożliwej do zaakceptowania urodzie
i tajemniczym charakterze budzą przerażenie i obrzydzenie od wieków. A przecież są najczęściej poczciwymi stworzeniami, które żywią się nocnymi owadami
albo sokiem z owoców. Niezbyt przyjemne porównanie do nietoperzy było kiedyś używane w stosunku do rodziców, którzy rzekomo: „niczego nie widzą, niczego nie słyszą, a wszystkiego się czepiają”.

182 słowa

(33) Lekcja chemii

 

Heniek nie znosił lekcji chemii. Chodził na nie bez najmnieszej ochoty. Uważał, że wąchanie różnych śmierdzących substancji w próbówkach jest po prostu chore. Tak było, dopóki w drugiej klasie nie zjawiła się Halina. Nie była może oszałamiającą pięknością, ale jej chód, świetna figura i chłodne spojrzenie błękitnych oczu nie pozwalały chłopakom zachować obojętność. Te cechy dziewczyny spowodowały niekontrolowany wybuch gorących uczuć w sercu Heńka. Niestety największym hobby Halinki była chemia. Powodowanie wybuchów i łańcuchowych reakcji w trakcie zawiłych doświadczeń było dla niej ukochanym sposobem spędzania wolnych chwil. Nauczyciel nie szczędził jej pochwał. W końcu zaproponował udział w olimpiadzie chemicznej. Bez wahania podjęła to wyzwanie. Tę okazję postanowił wykorzystać zakochany chłopak.
Z cierpliwością mnicha chodził na zajęcia ze znienawidzonego przedmiotu,
żeby potem móc pomagać ukochanej w przygotowaniu do olimpiady. Harował
jak wół, przepytywał ją ze wzorów. Chemię opanował na blachę. No i po kilku miesiącach, kiedy jego ukochana z wielką chwałą odbierała zaszczytny dyplom,
on uśmiechał się z zachwytem. Jego szlachetna postawa i nieśmiałość cichego wielbiciela poruszyła serce Halinki. Tak jak on dochował jej przyjaźni, nie chcąc nic w zamian, tak ona pokochała go za piękny charakter i hart ducha. Reakcja chemiczna, która zaszła między nimi spowodowała prawdziwy wybuch pięknych
i trwałych uczuć, zwanych miłością.

179 słowa

 

(34) Uroczyste święta

 

W naszej klasie postanowiliśmy tego roku hucznie obchodzić święta Bożego Narodzenia. Helenka chętnie podjęła się napisać harmonogram działań,
aby nie przeoczyć żadnego ważnego elementu. Chcieliśmy mieć prawdziwą,
a nie sztuczną choinkę, wigilijny stół, sianko pod obrusem i chór śpiewający kolędy. Bardzo liczyliśmy na hojność rodziców, bo takie przygotowania muszą pochłonąć spore sumy. Część wydatków pokryliśmy z dochodów, jakie przynosiła nasza gazetka „Echo szkolne”. O resztę musieliśmy uśmiechać się do dorosłych. Ale nasi kochani rodzice nie zawiedli. Pomogli chłopcom przyholować sporego chojaka. Zaraz zapachniało lasem. Zrobił się wielki ruch, kiedy wszyscy chcieli ubierać choinkę. Dziewczyny zgodnie z umową przygotowały z papieru mnóstwo ozdób w formie zwierząt. Były tam puchacze, chrząszcze i biedronki ze skorupek po orzechach, hipopotamy, charty, a nawet hiena. Kupiliśmy też sporo chińskich bombek i anielskich włosów. Obok stał stół pokryty haftowanym obrusem, a na nim wiele wigilijnych dań zrobionych przez kochane mamy. W lichtarzach płonęły świece. Zaczęliśmy zaraz po przybyciu honorowych gości: pani od chemii, naszego historyka i wychowawcy. Łamaliśmy się opłatkiem i ochoczo śpiewaliśmy kolędy. Najbardziej podobała się: „Mizerna, cicha stajenka licha, pełna niebieskiej chwały”. Tak pięknych i uroczystych świąt nie obchodziliśmy
w naszej klasie.

166 słów

 

(35) Bezkrwawe łowy

 

Już nie mógł się doczekać, kiedy wyruszy na swoje bezkrwawe łowy. Postanowił sfotografować sceny z życia lisów. Uważał je za rozkoszne stworzenia, a ich sława bezwzględnych drapieżników wydała mu się bardzo niesprawiedliwa. Skądinąd rozumiał wzburzenie rolników, którzy musieli czuć rozpacz i gniew na widok zaduszonych i rozszarpanych kur oraz gęsi w kurnikach. Mimo to nie podzielał ich wstrętu do lisów. Rozumiał, że przecież musiały coś jeść. Podziwiał za to ich spryt i ostrożność. Już samo rozpoznanie miejsc ich przebywania, skrytych w gęstwinie jam i rozważnie wybranych schronień wymagało wielkiej wprawy
i doświadczenia. Jeśli chciał schwytać je w obiektywie aparatu, musiał się dobrze schować i godzinami trwać w bezruchu. Zdecydował, że nie zrezygnuje z tego projektu mimo wysokiego stopnia trudności. Poza tym chciał skończyć album jakimś efektownym zbiorem zdjęć. Na ogół mało komu udawało się sfotografować lisy. Po przyjeździe rozbił obóz na skraju puszczy. Rozłożył sprzęt i skompletował wszystkie potrzbne części aparatu, potem złożył je w specjalny zestaw do robienia zdjęć z dużej odległości. Z wojskowej pałatki zrobił sobie osłonę, pod którą zamierzał skryć się przed bystrym wzrokiem leśnych spryciarzy. Tak wyposażony wyruszył w głąb lasu na spotkanie z przyrodą.

163 słowa

 

(36) Promień zapomnianego słońca

 

Pokonując siłę wiatru i śnieżnej zawiei do niewielkiej stacji kolei podmiejskiej zbliżał się jakiś zmarznięty osobnik. Nosił wąski szalik, który zaplątany na jego szyi przypominał żmiję. W dworcowej poczekalni siedziało już kilku pasażerów. Każdy wyglądał jak pogrążony w głębokiej depresji. Pogoda pogłębiała przykrą sytuację i miała niekorzystne działanie dla ludzkiej psychiki.

W perspektywie zaśnieżonej alei ukazał się mały piesek. Z nosem przy ziemi, cichutko popiskując wszedł do poczekalni. Był to młodziutki szczeniaczek.
W pewnej chwili usiadł na środku stacji, po kolei przyglądał się wszystkim pasażerom. Bez wątpienia szukał swojego pana. Nie było w nim żadnej agresji,
a jedynie głęboki, prawdziwy smutek. Mężczyzna ze „żmiją” na szyi patrzył
na tę sytuację z wyraźnym cierpieniem w oczach. W pewnej chwili spojrzeli sobie w oczy jak para rozbitków na fali okrutnego losu. Na przychylny gest ręki człowieka, piesek rzucił się ku niemu z objawami wielkiej sympatii. W jego maleńkim serduszku zaświeciła iskierka nadziei. Może ktoś go wreszcie przytuli i pocieszy. Z taką samą intencją smutny pasażer podniósł go z ziemi i schował pod połę marynarki. I wtedy w ponurej dworcowej hali jakby się ociepliło, jakby
zza czarnej chmury zaświecił promień zapomnianego słońca. Ale tylko w oczach tych, co widzieli całą sytuację i przychylnym uśmiechem popierali decyzję „smutnego”…

180 słów

 

(37) Pouczenie

 

Kiedy po kryjomu zbliżyłem się do grupy dzieciaków, nogi ugięły się pode mną. Zza ich pleców zobaczyłem, że jeden spośród nich trzyma w rękach zapałki
i zamierza podpalić trawę. Z pozoru mogła to być zabawa, a na pewno stary obyczaj praktykowany na wsiach w okresie wczesnej wiosny. Według tradycji,
a właściwie zgodnie z przesądami miał on na celu urzyźniać glebę przed wiosenną orką. Jednak we współczesnych warunkach był tylko niebezpieczną zabawą, która mogła sprowadzić na dzieci niebezpieczeństwo i wyrządzała wiele szkód
w przyrodzie. Powoli podszedłem do chłopaka i bez gniewu zapytałem,
co zamierza robić z zapałkami. Z początku spłoszył się i milczał patrząc na mnie spode łba. Ze spokojem zapewniłem, że nie mam zamiaru go karać, po czym wyjaśniłem, dlaczego nie należy wypalać traw na wiosnę. Poczułem się nadzwyczaj niepewnie. Takie umoralniające przemowy rzadko odnosiły skutek.
A jednak w tym przypadku spotkałem się ze zrozumieniem. Nikt nie powiedział chłopcom, że od ognia giną owady i małe gryzonie, dla których odradzająca się trawa jest naturalnym siedliskiem. Bez oporu oddali mi zapałki i obiecali,
że na zawsze skończą z tym głupim zwyczajem. Odetchnąłem z ulgą.
Czy nadejdzie czas, że średniowieczne tradycje rolnicze przestaną obowiązywać
w dwudziestym pierwszym wieku?

174 słowa

 

(38) Latające stworzenia

 

Jeszcze przed wieczorem na oczach podróżników rozpoczął się spektakl nie z tej ziemi. Spod dna łodzi wyskakiwały w powietrze jakieś istoty o kształcie przypominającym krople deszczu. Na początku żeglarze byli przekonani, że mają do czynienia z ławicą ryb latających. Dziwne istoty przelatywały ponad łodzią na wysokości około metra. W pewnej chwili jedno ze stworzeń upadło na pokład.
Ze zdumieniem stwierdzili, że mają przed sobą malutką ośmiornicę. Była ona jedną z wielu, które w popłochu umykały przed ławicą wielkich makreli. Nigdy przedtem nie przyszło do głowy żadnemu z nich, że te niesamowitw stworzenia mogą latać w powietrzu. Ośmiornica należy do bezkręgowców i kojarzy się
z podobną do ślimaka, bezmyślną kupą mięśni przemierzających ocean
w poszukiwaniu żywności. Tymczasem jest to bardzo inteligentne stworzenie.
Z wielkim wyrafinowaniem upodabnia się do podłoża, nadzwyczaj sprawnie maskuje się i zwabia w pułapkę swoje ofiary.Wewnątrz jamy gębowej ma ostry dziób podobny do dzioba sępa. Za pomocą tego narządu jest zdolna rozłupać
bez trudu pancerz kraba. W dodatku porusza się w sposób absolutnie nietypowy
dla zwierząt. Mianowicie wokół głowy ma pierścień macek, którymi porusza
jak baletnica w czasie, kiedy wzdłuż jej ciała, przez specjalną rurę jest pompowany silny strumień wody. Siła wyrzutu sprawiła, że głowonóg rusza do przodu
jak odrzutowiec.

179 słów

 

(39) Bezpieczeństwo jazdy

 

Niezapięte pasy są często powodem nieodwracalnego kalectwa uczestników wypadków drogowych. Tylko wyjątkowa nierozwaga sprawia, że wsiadając
do auta ludzie nie stosują się do przepisu, który nakazuje zapiąć pasy bezpieczeństwa nawet podczas niedługiej podróży. Nie należy odwlekać tej czynności, tylko dokonać jej niezwłocznie po zajęciu miejsca w samochodzie. Kiedy ta prosta czynność stanie się niezauważalnym, naturalnym odruchem, nawet nie wiadomo kiedy, niewielkim nakładem sił zapewnimy sobie komfort
i bezpieczeństwo jazdy. Pasażerowie, i to nie tylko na przednim, ale i na tylnym siedzeniu, niech o tym nie zapominają. Niektórym wydaje się, że nieprzestrzeganie tego przepisu jest dowodem niezależności. Niestety nie mają racji. Jest to przejaw nieodpowiedzialności i głupoty kogoś, kto nie szanuje życia swojego i innych.
Nie wiadomo, co wydarzy się na drodze. Nikt nie zagwarantuje nam bezpiecznego dotarcia do celu, bo nie wiadomo jak i skąd na drodze mogą pojawić się nieoczekiwane przeszkody: ktoś może wtargnąć na jezdnię, niespodziewanie może zacząć padać deszcz, co spowoduje niekontrolowany poślizg, nieostrożny kierowca innego pojazdu może doprowadzić do kolizji, a co najbardziej prawdopodobne jakaś dziura w jezdni może niekorzystnie wpłynąć na przebieg jazdy. A w każdym z tych przypadków pasy są niezawodnym sprzymierzeńcem kierowcy i pasażera. Pamiętajmy o tym, bo jeśli sami nie zadbamy o swoje bezpieczeństwo, nikt nam go nie zagwarantuje.

178 słów

 

 

(40) Wizja dawnego Krakowa

 

Na krakowskim Rynku Głównym przy okazji remontu nawierzchni były prowadzone prace archeologiczne. Odsłonięcie kolejnych warstw ziemi ujawniło wiele zapomnianych tajemnic i wzbogaciło wiedzę historyczną o warunkach życia w średniowiecznym Krakowie. Wzmianki o tych odkryciach uruchomiły w mojej wyobraźni szereg barwnych obrazów. Zobaczyłem duży obszar, na którym kwitł handel najrozmaitszymi towarami. W niewielkich kramikach przekupki zachwalają hałaśliwie swoje wyroby. W cieniu i chłodzie przechowywane są naczynia
z mlekiem, śmietaną i całe hałdy białych jak śnieg serów. U ulicznych sprzedawców można kupić gorącą polewkę, nabieraną chochlą z wielkich dzbanów i chlipaną wprost z miseczek przez zgłodniałych klientów. Tęskne spojrzenia chłopców, zwłaszcza żaków krakowskich, zatrzymują się na pięknie wygiętych noskach butów zwanych ciżemkami. Kilka poważnych kupców wchodzi
do gmachu wielkiej wagi miejskiej, gdzie na chybotliwych szalach odważa się
w dużych ilościach zboże i różne rodzaje sypkich towarów. Wśród barwnego tłumu kręcą się zawodowi „poprawiacze humoru”: brzuchomówcy, żonglerzy
i tancerki na linach. Obok kramów, w obrębie starych murów stoi budynek kościółka świętego Wojciecha. Wokół kilkadziesiąt grobów, bo starodawny zwyczaj nakazywał dokonywać pochówku zmarłych w granicach murów kościelnych. Po chwili wizja znika. Wicher historii zdmuchnął ślady tych ludzi
z powierzchni ziemi. Zostało po nich zaledwie trochę kruchych przedmiotów, których świadectwo wywołuje z mroku obraz dawnych czasów.

179 słów

 

(41) Niespodzianka

 

Martusia to moja długoletnia przyjaciółka. Lubimy wspólnie spędzać czas.
Już siódmy rok chodzimy razem do szkoły. Dlatego byłam zdumiona, kiedy Marta odmówiła mojej prośbie, żebyśmy po lekcjach poszły do sąsiadki spod szóstki. Miałam zanieść do przeróbki starą spódnicę. Poczułam się głupio, bo nie udzieliła mi żadnych wyjaśnień. Nawet nie postarała się o wymówkę. Nie umiem się kłócić, więc nie powiedziałam ani słówka. Już na szkolnym podwórku pożegnała się
ze mną. Sama, smutna i upokorzona wlokłam się w stronę domu. W milczeniu łykałam łzy, bo myślałam, że to już koniec naszej przyjaźni. Wkrótce dotarłam
do wrót naszej kamienicy. Włożyłam klucz do zamka i już miałam przekręcić, kiedy usłyszałam za drzwiami gwar stłumionych głosów. Nie uległam panice,
ale ostrożnie spojrzałam przez wizjer. Któż tam mógł być? Mama i siostra nie wróciły chyba z pracy? Zdjęłam z nogi prawy but, na wypadek, gdyby przyszło mi stoczyć bój z jakimś ponurym zbójem, który zaplanował w naszym domku rabunek. Energicznym ruchem pchnęłam drzwi i z ogłuszającym rykiem wpadłam do przedpokoju. Ku mojemu zdziwieniu zamiast brodatego zbója ujrzałam pękającą ze śmiechu rodzinkę wraz z Martusią. Z okrzykiem: „Niespodzianka!” rzucili się na mnie. A moja przyjaciółka wręczył mi piękną, nową, rudą spódniczkę, urodzinowy podarunek, o którym nawet nie ośmielałam się marzyć.

176 słów

 

(42) Ferie zimowe

 

Jacek miał spędzić ferie zimowe w Zakopanem. Zaraz po przyjeździe na miejsce postanowił sporządzić plan wycieczek, o których marzył od dawna. Nie tylko piesze wyprawy śniły mu się po nocach, ale także narciarskie wyczyny. Pogoda dopisywała, chociaż synoptycy zapowiadali ocieplenie. Wytrawni turyści ostrzegali Jacka, że samotne wyprawy w góry są niebezpieczne,
że bez przewodnika człowiek w Tatrach czuje się bezbronny. Radzili, aby poczekał na zmianę aury, gdyż wtedy może bezpiecznie wędrować po górskich szlakach. Młody turysta nie chciał się sprzeciwiać doświadczonym taternikom,
ale bez powiadomienia kogokolwiek postanowił jednak wybrać się na Giewont.
Z Domu Turysty wyszedł wcześnie rano, aby zdążyć wrócić przed zmierzchem. Narzucił sobie szybkie tempo. Po drodze wstąpił do schroniska, rozgrzał się gorącą herbatą i rozglądał się wokoło, czy ktoś nie idzie w kierunku Giewontu. Ruszył dalej samotnie, gdyż nikt z obecnych nie zamierzał ryzykować, tym bardziej,
że niebo się zachmurzyło i zaczął padać śnieg. Brnął przez zaspy, czując coraz większe zmęczenie. Nagle potknął się i znalazł się na skraju przepaści. Strach sparaliżował go zupełnie. Wstrzymał oddech, bojąc się poruszyć,
by nie spowodować zejścia lawiny. Na szczęście ratownik górski obserwował teren przez lornetkę i zorganizował pomoc bezmyślnemu chłopcu. Trzeba było przekonać się na własnej skórze, że samotna wyprawa w góry może skończyć się nieszczęściem.

178 słów

 

(43) Niepotrzebne zwierzenia

 

Mijał kolejny zachmurzony dzień wojennej pożogi. Zewsząd dochodziły odgłosy strzałów z karabinu, na szczęście tego dnia faszyści nie używali samolotów. Powietrze było nagrzane i ciężkie, jakby za chwilę miała się rozpocząć burza.
W pobliżu rzeki siedział stary mężczyzna. Jego spojrzenie skierowane było
na nieprzebrane rzesze ludzi w rozpaczy opuszczających swoje rodzinne strony. Na plecach dźwigali walizki i worki, do wózków przymocowali skrzynie pełne żelastwa – przeróżnych urządzeń i narzędzi. Przez rzekę przerzucono olbrzymi most pontonowy. Dosyć szybko przemykały tędy ciężarówki, ale furmanki, zaprzężone w muły, z trudem wjeżdżały na stromy brzeg. Pomagali im żołnierze. Na twarzy starca malowało się znużenie, był bardzo zmęczony. Pochodził z San Carlos, gdzie opiekował się zwierzętami. Nie miał żadnej rodziny. Wojna zburzyła jego proste i monotonne życie. Musiał opuścić miasto, gdyż nieprzyjaciel atakował coraz odważniej i zbliżał się ostrzał artyleryjski. Stary człowiek siedział przygnębiony, nie narzekał jednak na brak zdrowia, nie skarżył się na trudy tej pieszej podróży. W jego pełnych wrażliwości oczach można było zauważyć potrzebę dzielenia się smutkiem, który go przepełniał. Martwił się o los swoich podopiecznych – zrobiło mu się żal dwóch kóz, kota i czterech par gołębi. Przechodzący obok ludzie rzucali spod opuszczonych rzęs bezradne spojrzenia
na pogrążonego w drzemce staruszka. Tylko na tyle pozwalała im szara wojenna rzeczywistość.

162 słowa

 

(44) Wędrówka po ulicach

 

W czwartek każdego tygodnia mama robiła zakupy w mieście. Tego dnia
już od rana panował w domu istny harmider. Słychać było pokrzykiwania domowników, huk nerwowo odstawianych naczyń, panował niewytłumaczalny pośpiech. Jeszcze w domu ustaliliśmy harmonogram handlowej „wycieczki”. Jeżeli mama zabierała mnie ze sobą, to obowiązkowo odwiedzaliśmy Markusa
w pasażu Zbrojowni przy Targu Węglowym, aby kupić bębenek, chorągiewki
i metalowy hełm dla żołnierzyka z oddziału husarii. Najważniejszy był jednak bębenek. Mniej więcej od siódmego do dziesiątego roku życia wykańczałem instrument w dziesięć dni. Mama okazywała jednak godny podziwu heroizm
i kupowała nowy bębenek. Później zdarzało się, że jeśli nie dopadła mnie chandra lub zły humor, potrafiłem ostrożnie uderzać w metalową blachę nawet kilka miesięcy. Na ogół wyprawy z mamą miały przyjemny charakter. Z nowo nabytą zabawką pędziłem do chłodnego i mrocznego tunelu, gdzie po obu stronach, wystawa za wystawą, ciągnęły się ekskluzywne sklepy. W kąciku indyjskim można było nabyć haftowane wachlarze z orientalnymi wzorami i hinduskie bibeloty. Kwiaciarki poprawiały w wazonach piękne chabry, hiacynty i róże.
W księgarniach półki uginały się od najnowszych hitów wydawniczych
z dziedziny architektury. W salonach jubilerskich błyszczały pierścionki
z diamentem. Zatrzymywałem się przed tymi niedostępnymi dla mnie atrakcjami
i patrzyłem z zachwytem. Uwielbiałem czwartkowe spacery ulicami naszego miasta.

176 słów

 

(45) Domowe ogrody

 

Mama sadziła w ogrodzie takie małe czarne ziarenka i wyrastał z tego
po niewielu tygodniach dosyć duży krzak, jakich się teraz nie widuje. Krzak ten okrywał się kwiatami, które otwierały się przed wieczorem, jak kolorowe wywieszki. Były to drobne kieliszki, czerwone, żółte albo malinowe w białe paski, a pachniały bardzo mocno. Kwiat ten nazywał się „nocna ozdoba”.

Do dalszego ogrodu, położonego za naszym domem, szło się furtką obok ganku. Ganek ten, drzwi i parę kamiennych stopni, schodzących ku dołowi, to była też jakby cząstka ogrodu, cząstka wiejskiego życia, cząstka pełna marzeń, cichych,
na pół dla dziecka zrozumiałych rozmów i dalekiego rechotania żab. Mój ojciec siadywał tu wieczorami i nasłuchiwał tego wiosennego i letniego rechotania.

Obok piwonii były krzaki agrestu. Były wielkie i bardzo wcześnie zaczynały się pokrywać zieloną mgiełką listków. Ale to na wiosnę, a ta strona ogrodu była jednak domeną lata. Tutaj się przebywało latem, tutaj stała stara kratkowana altana, cała zarośnięta dzikim winem, gdzie tańczyły zawsze plamy słoneczne, pachniało wilgocią. Koło altanki siedziała kiedyś babunia. Przecież byłem
w tym miejscu niedawno. Nie ma tam ani domu, ani ogrodu, ani krzaków bzu,
ani w ogóle nic nie ma, ale kiedy pomyślę sobie o tym miejscu, to zawsze widzę obraz z dziecinnych lat.

178 słów

 

(46) Mikroskopijne owady

 

Ponad łąką unosiło się bez liku malutkich muszek, które z nieznośnym brzęczeniem wdzierały się do uszu i w oczy zwierząt. Biedne krowy bez mała oszalały. Z żałosnym rykiem rzucały się na oślep przed siebie. Na ich skórze pojawiały się z czasem maleńkie ranki od ukąszeń. Sprawcami tego zamieszania okazały się na podziw maleńkie owady: meszki. Przez całą wiosnę rozmnażały się bez przeszkód w błotnistych zaroślach wokół stawu. W końcu wraz z nadejściem letnich upałów wylatywały ze swego siedliska i z monotonnym brzękiem ruszały na żer. Przemieszczały się chmarami na kształt szarańczy i były od tych owadów nie mniej groźne. Na domiar złego nie było na nie skutecznego sposobu . Jeszcze przed sezonem na zagrożonych terenach organizowano opryski przy pomocy urządzeń mechanicznych. Do tępienia meszek używano środków, które na ogół były skuteczne w zwalczaniu innych szkodników. Jednak na przekór ludzkim wysiłkom, mikroskopijne diabły nic sobie z tego nie robiły. Kiedy zmęczone
bez miary i doprowadzone do ostatecznego wyczerpania zwierzęta powracały
do obory, spowodowane przez krwiożercze meszki ranki zaogniały się. Na skutek ukąszeń sierść wypadała, a naokoło zaczynały tworzyć się z czasem poważne rany. Bez właściwej pielęgnacji i leczenia, z powodu ataku meszek wiele zwierząt domowych mogłoby po prostu nie przeżyć.

169 słów

 

(47) Prawdziwa rozmowa

 

Ten mówca wyraźnie nie miał talentu. Po prostu nudził, trudził i truł! Równie dobrze mógłbym przeczytać ulotkę wydaną przez zasuszonych urzędników.
A przecież temat narkotyków zasługuje na potraktowanie w sposób szcególny. Ględzenie i wygłaszanie oklepanych ogólników to próżny trud. Żeby powiedzieć coś ważnego o tym zgubnym nałogu, należałoby się „napić ze źródła wiedzy”, czyli porozmawiać z byłym narkomanem, który już wyszedł ze „strefy mroku”. Jeżeli taki nawrócony narkoman opowie historię swojego upadku, ukaże ponury szlak, na którym utracił szacunek do samego siebie, stał się brudnym obdartusem pozbawionym wszelkich hamulców, to może stanie się przekonującym argumentem dla potencjalnych amatorów używek. Taki ktoś mógłby z własnego doświadczenia mówić, jak dojmujący jest ból i głód, kiedy brakuje pieniędzy na środki odurzające. O ogłupiającej i zamulającej mózg jedynej myśli: „Skąd wziąć na następną działkę?” O skutkach dla zdrowia fizycznego. O tym, jak narkotyki rujnują serce, żołądek i jakie powodują zmiany w mózgu. O tym, jak wygląda skóra nałogowca. Być może taka okrutna konfrontacja z ponurą stroną „brania” sprawi, że choć jeden słuchacz ruszy mózgownicą i przeanalizuje swój stosunek
do problemu narkotyków.

165 słów

 

(48) Przygoda w sklepie

 

Tyle upokorzeń nie przeżył chyba jeszcze nigdy. Otóż było to tak: przedpołudniowe lekcje zostały odwołane z powodu choroby nauczyciela. Korzystając z wolnego czasu wybrał się do supermarketu, aby obejrzeć sprzęt sportowy. Przed wakacjami był już najwyższy czas pomyśleć o przygotowaniu ekwipunku na obóz żeglarski. Krążył wokół stoiska, przyglądał się różnym przedmiotom, dokonując w myślach spisu inwentarza. Kiedy już dobrze zapoznał się z możliwościami handlowymi sklepu, poszedł w kierunku działu spożywczego. Włożył do koszyka paczkę prażonych orzeszków, jakieś chipsy i niedużą butelkę napoju. Przed kasą towar wyłożył na taśmę i po otrzymaniu paragonu przeszedł spokojnie przez elektroniczne zabezpieczenie i skierował się do wyjścia.
Bez ostrzeżenia dopadli go przed drzwiami trzej ochraniarze. Został oskarżony
o kradzież. Nikt nie zamierzał słuchać jego wyjaśnień. Krzycząc i grożąc kazali natychmiast opróżnić cały bagaż, który miał ze sobą. Drżącymi ze strachu rękami zrobił to niezwłocznie. Widział, z jakim obrzydzeniem patrzyli na niego klienci sklepu i kasjerki.

Nagle z głośnika zabrzmiał głos nakazujący pozostawienie go w spokoju. Ochraniarze puścili go. Z bezbrzeżnym smutkiem i przerażeniem opuścił sklep. Jak się później okazało, był uderzająco podobny do pewnego sklepowego rzezimieszka, który notorycznie dopuszczał się kradzieży w różnych dużych sklepach.

168 słów

 

(49) Znajomość

 

Czsas płynie w błyskawicznym tempie. Po latach tak właśnie patrzę
na ten problem, kiedy sięgnę pamięcią wstecz. Pamiętam wiele momentów
z mojego życia. Niektóre były naprawdę piękne, inne zaś mącą mój spokój do dziś. Tamten rok był szczególnie pamiętny ze względu na konsekwencje, które do dziś trwają. Byłam wtedy pełną temperamentu dziewczyną. Zdałam egzaminy
do Akademii Medycznej. Chciałam zostać dentystką. Długi okres koncentracji
i napięcia przed egzaminami, lęk i stres sprawił, że marzyłam tylko o wypoczynku. Wybrałam się na kemping z koleżnakami. Położony był w nadmorskim kąpielisku Dębki. Jazda pociągiem była bardzo męcząca. W pewnym momencie
do przedziału wsiadł wysoki brodacz z długimi włosami. Ciągnął ze sobą potężny plecak. Po chwili ciszy rozpoczął rozmowę. Z początku nie bardzo się
ta konwersacja kleiła. Ale kiedy podjęliśmy temat muzyki, wyraźnie się ożywił. Okazało się, że komponuje muzykę jazzową i namiętnie gra na trąbce. Tak chętnie mówił o swojej pasji, że wzbudził moje zainteresowanie. Wybierał się jak my,
do Dębek. Spędziliśmy razem wspaniałe chwile, potem narodziło się między nami uczucie. Został moim mężem. Jest nim od dwudziestu pięciu lat. A jego poglądy, pasja i konsekwencja w dążeniu do celu imponują mi do dziś.

167 słów

 

(50) Perkozia rodzinka

 

Spomiędzy trzcin z cicha wypłynęła rodzinka perkozów. Na grzbiecie samicy upstrzonej z lekka ochronnymi plamkami w kolorze rdzy i brązu, siedziało
w rządku pięć maleńkich perkoziątek z ciekawością kręcących wokół maleńkimi łebkami. Tylko czekały, aż matka pozwoli im z pluskiem zanurzyć się w głąb chłodnej toni jeziora. Ostrożna samiczka opłynęła naokoło kępę trzcin
i stwierdziwszy, że jest bez wątpienia bezpiecznie, zrzuciła z grzbietu swoje dzieci. Te z wielkim zapałem zaczęły przebierać łapkami w wodzie i cieszyły się z chwili samodzielności. Ale już po kilku minutach na znak dany przez matkę ustawiły się w rządku i karnie, jedno za drugim popłynęły za nią. Nagle, na błękitnym tle nieba znienacka ukazała się sylwetka drapieżnego ptaka. W jednej chwili, na znak matki, małe wgramoliły się na jej plecy z zadziwiającą zręcznością. Samiczka bezzwłocznie wpłynęła głęboko w kępkę trzcin i pomiędzy źdźbłami wysokiego zielska czujnie wypatrywała manewrów nieprzyjaciela. Przez chwilę jastrząb kołował nad jeziorkiem. Wreszcie zauważył nieporadne kaczątko, które przez nieuwagę oddaliło się od matki. Jak pierzasta strzała śmignął w dół. Już miał je pochwycić, ale kaczątku udało się wpłynąć pomiędzy gęste zarośla trzcin. Rozczarowany jastząb wzbił się w niebo w poszukiwaniu innego pokarmu. Zagrożenie minęło, więc pośród traw ukazał się znowu znajomy kształt perkoziej mamy z żywym ładunkiem na plecach. I tak, z dnia na dzień, w pozornie spokojnym jeziorze toczyła się gra o przetrwanie.

 

178 słów

 

ЗМІСТ

ПЕРДМОВА

НОРМАТИВИ ОЦІНЮВАННЯ РОБІТ

ДИКТАНТИ:

1.

Marzenia

str. 5

2.

Ciekawe doświadczenia

str. 5

3.

Zaczarowany ugór

str. 6

4.

Pechowy dzień

str. 6

5.

Zasady dobrego zachowania się w lesie

str. 7

6.

Karawana

str. 8

7.

Gniew Achillesa

str. 8

8.

Poloneza czas zacząć

str. 9

9.

Atak niedźwiedzia

str. 9

10.

Wigilijny wieczór

str. 10

11.

W sadzie

str. 10

12.

Weselne tańce

str. 11

13.

W Dobrzynie

str. 12

14.

Grobowiec faraona

str. 12

15.

Tego nie można zobaczyć

 

str. 13

16.

Klasówka z matematyki

str. 13

17.

Lawina

str. 14

18.

Egzotyczny aromat

str. 15

19.

Czarnolas

str. 15

20.

Pożar

str. 16

21.

Troska o rodziców

str. 16

22.

Na miejskim targowisku

str. 17

23.

Trasa moich ulubionych spacerów

str. 18

24.

Kajakiem po jeziorze

str. 18

25.

Moje ulubione zwierzę

str. 19

26.

Walczymy o ekologię

str. 20

27.

Tajemniczy pakunek

str. 20

28.

Młodzieżowy mistrz przedsiębiorczości

str. 21

29.

Obozowy apel

str. 21

30.

Wizyta w Stanach Zjednoczonych

str. 22

31.

Lot jastrzębia

str. 22

32.

Świat zwierząt

str. 23

33.

Lekcja chemii

str. 24

34.

Uroczyste święta

str. 24

35.

Bezkrwawe łowy

str. 25

36.

Promień zapomnianego słońca

str. 25

37.

Pouczenie

str. 26

38.

Latające stworzenia

str. 26

39.

Bezpieczeństwo jazdy

str. 27

40.

Wizja dawnego Krakowa

str. 28

41.

Niespodzianka

str. 28

42.

Ferie zimowe

str. 29

43.

Niepotrzebne zwierzenia

str. 29

44.

Wędrówka po ulicach

str. 30

45.

Domowe ogrody

str. 31

46.

Mikroskopijne owady

str. 31

47.

Prawdziwa rozmowa

str. 32

48.

Przygoda w sklepie

str. 32

49.

Znajomość

str. 33

50.

Perkozia rodzinka

str. 33

 

 

 

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *